Domowa dżungla: kiedy powiem sobie dość?

Zaczyna się od jednej roślinki. Robisz zakłady sama ze sobą: ubijesz czy przeżyje? Jednak się udaje, więc kupujesz kolejną i następną. W końcu otacza Cię piękna domowa dżungla. Powstaje jednak pytanie – kiedy powiedzieć sobie dość?

Ci, którzy obserwują mnie w moich mediach społecznościowych, wiedzą, że przez prawie pół roku nie kupowałam nowych roślin. Była to umowa z moim mężem – forma detoksu, a także ochrona, by nasz dom nie zamienił się w las tropikalny. Zleciało szybko, a ja nie mogłam się doczekać nadejścia czerwca. Przyznam jednak, że brak nowych kwiatów nie był tak dotkliwy, jak by mogło się wydawać.

O swojej roślinnej historii pisałam wam już we wpisie o 5 roślinach dla opornych. Patrząc wstecz naprawdę trudno uwierzyć, że Asia z ubitą paprotką w dłoni i Asia teraz to ta sama osoba. Choć z paprotkami nadal mi nie po drodze (humorzaste są, skubane), to moja domowa dżungla małymi krokami się rozrosła.

Domowa dżungla
JAK TWORZĘ SWOJĄ DOMOWĄ DŻUNGLĘ?

Aktualnie w mojej kolekcji znajduje się 40 doniczek 27 odmian roślin. Mam zdecydowanie swoich faworytów, choć nie ukrywam, że do każdego kwiatka mam słabość. Nawet do zabiedzonego kaktusa, który został kupiony już w kiepskim stanie, a mi się zrobiło go po prostu żal. Z jednymi lubimy się bardziej, z innymi mniej. Przyznam, że dopiero od niedawna stosuję zasadę dobierania roślin pod względem warunków mieszkaniowych i stopnia trudności w ich uprawie. Wbrew pozorom, nie było to dla mnie takie oczywiste. Najczęściej szłam do sklepu, krzyczałam „jaki ładny liść!” i wychodziłam z nową doniczką w ręku. Dopiero potem zaczynałam czytać o jej upodobaniach.

Aktualnie wybieram kwiaty dla „amatorów” lub takie, które nie wymagają zbyt dużo uwagi. Tworzenie domowej dżungli ma być dla mnie przyjemnością, dlatego nie chcę się zastanawiać, czy jakiś przędziorek mi nie wżera rośliny lub czy nie padnie ona podczas mojej tygodniowej nieobecności w domu. Mają być wytrzymałe, odporne na choroby i miłe dla oka.

Proste? Otóż nie do końca. Już nie raz przekonałam się o tym, że kwiaty opisywane przez większość jako „bezproblemowe”, w moich rękach padają lub są obrazem nędzy i rozpaczy. Ten typ tak ma. Najlepszym przykładem są draceny. Jeden mój okaz wygląda, jakby przeszedł ospę i przez długi czas stał na roślinnym oiomie. W końcu chyba jednak siebie zaakceptowałyśmy i pozostały jedynie blizny wojenne (tfu tfu, nie zapeszając!).

SKĄD BIORĘ ROŚLINY?

Biorąc pod uwagę moje partyzanckie zdolności ogrodnicze, nigdy nie wydałam na roślinę więcej niż 20 zł. Najczęściej kupowałam w marketach, dokładnie oglądając każdy liść i ziemię. Odpukać, nigdy jeszcze nie przyniosłam niechcianych lokatorów. W zeszłym tygodniu dostałam dwa kwiatki z Zielonego Parapetu – były to pierwsze zakupy tego typu przez internet, choć przyznam, że na początku byłam bardzo sceptyczna ze względu na brak możliwości obejrzenia i dotknięcia. Przyszły jednak dobrze zabezpieczone, brak uszkodzeń czy szkodników.

Część z moich roślin pochodzi też z drugiej ręki. Otrzymywałam szczepki lub dorosłe okazy. Najlepszym przykładem jest hoja carnosa. Gdy ją dostałam, wyglądała nieciekawie. Stara doniczka i ziemia, zdrewniałe i lekko zasuszone pędy, kilka uszkodzonych liści. Dałam jej jednak dużo miłości i po 1,5 roku zaczęła wypuszczać nowe listki. Podobnie było z zamiokulkasem, który zajmuje specjalne miejsce w moim zielonym sercu. Pół roku stał w ciemnym pomieszczeniu bez wody – to pokazuje, jak pancerne są te rośliny. Okazana mu troska zaowocowała 6 nowymi pędami w grudniu 2019 roku.

Aktualnie najdroższą rośliną w mojej kolekcji jest fikus lirolistny (dębolistny), którego dostałam na rocznicę od męża. Gdy obdarowuje mnie kwiatkami, to czuję presję, ale jednocześnie te okazy stają się dla mnie wyjątkowe i traktuję je z jeszcze większą troską.

Domowa dżungla - fikus dębolistny
DONICZKI, ŁOPATKI I INNE PIERDÓŁKI

Prawda jest taka, że drugie tyle, co na rośliny, można wydać na doniczki i inne akcesoria. Ostatnio zobaczyłam fantastyczną konewkę i pomyślałam: „muszę ją mieć!”. Po czym puknęłam się w głowę, bo przecież mam już jedną najzwyklejszą za grosze i sprawdza się doskonale.

Doniczki to temat rzeka… Na moich półkach i parapetach można aktualnie zauważyć doniczki zarówno gliniane, ceramiczne, jak i plastikowe. Są z odzysku, kupione za grosze w markecie lub w osiedlowej kwiaciarni, a część wykonałam własnoręcznie, co pokazywałam Wam w tym wpisie.

Aktualnie wychodzę z założenia, że doniczka ma przede wszystkim odpowiadać roślinie i pasować do wnętrza. Nie ma sensu pędzić za trendami kreowanymi przez internet, choć oczywiście, jeśli ktoś lubi nowości, to też jest jak najbardziej w porządku.

Wszystkie podpórki i inne akcesoria kupuję zawsze w wersji budżetowej, starając się wspierać lokalnych małych sprzedawców. Często też korzystam z tego, co mam w domu, np. długich patyczków do szaszłyków czy pałeczek do sushi. Szczepki ukorzeniam w szklanych pojemnikach po świeczkach czy dżemie. Mam jedną niezawodną łopatkę, którą działam zarówno podczas przesadzania roślin domowych, jak i przy pracach balkonowych. Także ziemię staram się kupować w kwiaciarniach, a nie marketach. Mam wtedy pewność, że jest ona z okolic mojej miejscowości.

Próbuję też wykorzystywać stare doniczki i je przerabiać/odnawiać. Wychodzę z założenia, że domowa dżungla może powstawać również w wersji budżetowej, dlatego nadaję nowy wygląd osłonkom, które przestały mi się podobać lub są lekko uszkodzone.

DOMOWA DŻUNGLA: CZY JUŻ DOŚĆ?

Jak wspominałam na początku wpisu, miałam mały detoks od kupowania roślin. Myślałam, że gdy się skończy, to rzucę się na wszystkie zielone liście w zasięgu wzroku. Okazało się jednak, że w czerwcu przybędzie mi ok 6 roślin i… na razie mam dość. Nie czuję potrzeby nabywania kolejnych – co najwyżej będę rozmnażać okazy, które już posiadam, co wydaje mi się naturalną koleją rzeczy.

Decyzję tę podjęłam niedawno. Poczułam, że zbyt intensywne powiększanie kolekcji mogłoby spowodować u mnie przytłoczenie i zbyt dużą obawę o pojawienie się szkodników. Już teraz, widząc małą muszkę, zastanawiam się, czy to nie ziemiórka. Zdecydowanie wolę postawić na wymianę roślin, niż ich kupowanie.

Nie chciałabym też zagracić naszego domu roślinami, choć może to wydawać się dziwnym stwierdzeniem. Uwielbiam oglądać zdjęcia wnętrz przypominające dżunglę, jednak obawiam się, że to nie dla mnie. Kwiaty to nie są figurki czy obrazki, które można w każdej chwili przestawić w inne miejsce. Mają swoje upodobania pod względem światła, a niektóre nawet źle reagują na zmianę stanowiska (np. wspomniany wcześniej fikus dębolistny). Nie mogę też od tak wymienić doniczki na inną, jeżeli roślin jest w niej bezpośrednio posadzona. Wiadomo, nie dotyczy to osłonek – tu sprawa jest dużo prostsza. Na szczęście od dwóch lat podoba mi się kolorystyka w każdym z pomieszczeń i nie planuję zmian.

Czy są jeszcze rośliny, które widzę w naszych wnętrzach? Tak.

Czy czuję potrzebę ich kupienia? Nie.

Jestem gotowa, by powiedzieć sobie: dość.

A jak jest z Wami? Macie rośliny i tworzycie domową dżunglę czy to raczej nie Wasza bajka? Dajcie znać w komentarzach.

Może Ci się też spodobać: