Produktywny dzień w wakacje

Wakacje kojarzą się nam w większości z odpoczynkiem, czasem wolnym, pobytem w rodzinnym domu lub wyjazdami. Po ciężkim roku akademickim lub długim maratonie w pracy jedyne, o czym marzymy, to leżeć na hamaku z książką i żeby wszyscy dali nam święty spokój. Ale czy to na dłuższą metę jest dla nas dobre?


Taki scenariusz wydaje się atrakcyjny, ale tak naprawdę tylko przez pewien czas. W pewnym momencie wpadamy w marazm, a każdy następy dzień  zlewa się ze sobą. Po prostu najzwyczajniej w świecie się rozleniwiamy. Staram się unikać takich sytuacji, ponieważ wiem, że później dużo trudniej jest mi wbić się znowu w pracowity rytm życia.
Gdy byłam na studiach, wakacje spędzałam w rodzinnym domu, ciesząc się brakiem obowiązków (poza tymi domowymi). Odkąd zaczęłam spotykać się z Szarookim, rozbijałam się jeszcze między  Mazurami, Białymstokiem i jego domem rodzinnym. Stanowiło tylko połowę mojego czasu – a co z resztą? Wielokrotnie potrafiłam wpaść w rutynę. Brak planów na nadchodzący dzień. I ok – na początku to jest w porządku. Zwłaszcza jeśli przez ostatnie tygodnie nie mogliśmy sobie na to pozwolić. W końcu jednak rozbiłam się rozlazła.

W pewnym momencie wypracowałam sobie kilka zasad, które staram się również stosować obecnie – w czasach, gdy nie mam wakacji 🙂 Z perspektywy czasu nie żałuję, że już nie mam 3 miesięcy wolnego. Teraz aby naładować baterie często wystarczy mi 5 dni wakacji – ale spędzonych produktywnie i w 100% tak, jak tego chcę. Podstawą jednak jest zawsze 5 poniższych punktów:

1. Wstawaj wcześniej.
Kiedyś w czasach szkolnych potrafiłam kłaść się późną nocą i wstawać o 12.00. Zdarzały się także takie epizody, że śniadanie jadłam po 14.00. A właściwie na śniadanie jadłam obiad. Teraz z perspektywy czasu widzę, jak to wpływało na mój organizm i samopoczucie. Byłam rozleniwiona, ospała i dużo trudniej było mi się do czegoś zabrać. Produktywność na poziomie zerowym. A moja twarz była tak opuchnięta, że przypominałam bułę. Przez to, że wstawałam późno, to i kładłam się dużo później. I kółko się zamykało.

Teraz pozwalam sobie na spanie do 8:00 – wyjątkiem są sytuacje, gdy zadzwoni budzik, a ja czuję, jakbym miała kaca. Tak mój organizm daje mi do zrozumienia, że potrzebuje jeszcze 30-60 minut snu.

2. Zadbaj o poranną toaletę i dobre śniadanie.
W pewnym moemencie wprowadziłam prostą zasadę: jem bardzo lekkie śniadanie, czekam maksymalnie pół godziny, wsiadam na rower i jadę nad miejskie jeziorko w rodzinnej miejscowości. Minimum 10 km dobrym tempem i czułam, że mogę wszystko. Sprawdzało się długo, jednak w pewnym momencie zrezygnowałam z tego scenariusza – zaczęłam pracować zmianowo.

Obecnie raczej stawiam na poranne rozciąganie mięśni, dzięki czemu moje ciało rozbudza się ze snu. Następnie biorę szybki i chłodny prysznic. Daję sobie chwilę, aby przyjemnie zimna woda orzeźwiła moją skórę. Bardzo lubię to uczucie na twarzy.

Po porannej toalecie robię sobie pożywne śniadania – do niedawna faworytem była owsianka z kiwi, bananem i wiórkami kokosowymi na wodzie (nigdy na mleku!). Odkąd jednak odstawiłam gluten, stawiam na płatki kukurydziane na mleku bez laktozy lub naleśniki z dżemem.

Moje poranne rytuały zamykają się maksymalnie do 9:30-10:00 (w zależności od tego, o której wstanę) i mogę brać się do pracy!

3. Wykonaj wszystkie zaplanowane obowiązki w pierwszej połowie swojego dnia.
W pierwszej połowie dnia jesteśmy najbardziej produktywni, dlatego staram się zrobić wszystkie zaplanowane czynności w pierwszych godzinach od porannych rytuałów. Wszystko w myśl zasady: „szybciej zaczniesz, szybciej skończysz”. Jeżeli wykonam wszystkie swoje obowiązki, to resztę dnia będzę mogła poświęcić na przyjemności.

Nawet w wolny dzień trzeba zadbać o porządek w naszym otoczeniu – niezależnie od tego, czy spędzamy go w pokoju hotelowym, czy własnych czterech ścianach.  Wykonanie podstawowych czynności nie zajmuje dużo czasu, a jednocześnie przyjemniej spędza się resztę dnia w takim uporządkowanym miejscu (lub do niego wraca).

Z moimi obowiązkami – ogarnięciem przestrzeni, zakupami i sprawunkami na mieście oraz podstawowymi sprawami blogowymi zazwyczaj – wyrabiam się do ok.13:00.

4. Drugą połowę dnia spędź tak, jak chcesz!
To jest moment, w którym, po wykonaniu wszystkich obowiązków, mogę zająć się sobą lub spędzić czas z najbliższymi. Grunt to nie przeleżeć bezczynnie dnia, przeglądając odmęty internetu. No chyba że akurat na to mam dzisiaj ochotę 😉 Pamiętam jednak, by jutro zrobić coś innego. Lubię w tym czasie zająć się robieniem zdjęć na blog, czytać książkę, oglądać filmy i seriale z Szarookim, ogarniać Project Life lub wybrać się na wycieczkę rowerową.

Najprzyjemniejsza jest jednak myśl, że już nigdzie nie muszę się spieszyć!

5. Nie siedź do późna. 
Wspomniałam Wam już, że kiedyś chodziłam bardzo późno spać. O 1.00 w nocy najlepiej czytało mi się książki. Teraz, dzięki Szarookiemu, przyzwyczaiłam się do wcześniejszego zasypiania, a co za tym idzie – wcześniejszego wstawania. Słucham swojego organizmu. 🙂 Przed snem, zamiast wgapiać się w telefon, staram się przeczytać minimum 5 stron książki. Zdecydowanie lepiej mi się śpi.

Te 5 zasad staram się stosować tak często, jak to możliwe – nie tylko wtedy, gdy mam wolne, ale także w dni pracujące. A Wy jakie macie sposoby na bardziej produktywne dni wolne?

Może Ci się też spodobać: